Skip to main content

 

Połowa lipca, środek wakacji, a człowiek zarobiony jak nigdy. Niby martwy sezon, a pracy po 14h dziennie. Przed komputerem. Czasem mam wrażenie, że nie istnieje nic poza bytem wirtualnym.

Pogoni za pieniądzem ciąg dalszy, a na tapecie wprowadzanie nowej marki na rynek. Roboty co nie miara, ale kiedyś trzeba to zrobić, najlepiej jak najsprawniej, czyli jak najszybciej, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik przed wrześniem, kiedy w przedsiębiorstwach wszyscy obudzą się z wakacyjnego letargu i znów wkręcą się na obroty. Ciągnę już tak kilka tygodni i zawsze z wyczekiwaniem na weekend. Przyjdzie sobota, przyjdzie niedziela, będzie można się gdzieś wyrwać.

Nadarzyła się okazja aby ze znajomymi wybrać się na festiwal Etnomanii w Wygiełzowie. No to jadę, nad czym się tu zastanawiać. Zapowiadało się ciekawie i tak też było. W programie – stare domki – z bali – popatrzę bo tylko w takim zamieszkam, wyplatanie koszy – poplotę, lepienie garnków z gliny – polepię, zajęcia pszczelarskie – objem się miodem, czerpanie papieru – poczerpię. To tylko niektóre z atrakcji. Zapomniałbym, zaraz po przyjeździe przywitał nas kot, można było go podłamsić, byłem spełniony 😀

Na miejscu byliśmy o 9 – ponad godzinę przed oficjalnym otwarciem festiwalu. Rozpocząłem od oglądania domków. Były cudowne.

 

Wygiezłów

 Był też taki:

Wygiezłów

I najładniejszy:

Wygiezłów

Wygiezłów

Oglądanie przerywa nam spiker, nieskładnie zapowiadając program festiwalu. Wspomina też coś o koncercie jakiejś grupy folkowej. Z zainteresowaniem idziemy posłuchać. Po drodze smakujemy pajdy wiejskiego chleba ze smalcem i ogórem kiszonym. Niby dobre. W domu robię lepszy smalec i ogórasy. Koncert wydaje się być prywatny, jesteśmy jedynymi słuchaczami :D. Zespół składał się ze skrzypka, który odwalał 99% muzyki, była też wokalistka, która uczyła się śpiewać, wydając różne gardłowe dźwięki, przy tym chyba sama była zaskoczona. Był też chłop od bębna – improwizacja raz szła lepiej raz gorzej. No i moja gwiazda na koniec. Mości on „grał” na wiolonczeli? altówce? może suce biłgorajskiej? nie wiem, ale robota jego przez jakieś 4 godziny sprowadzała się do trzymania owego instrumentu jedną ręką, a drugą cięcia smyczkiem, przy tych samych ruchach, w tym samym miejscu. Może jego zadaniem było wydawanie jednego dźwięku, może zastępował muzyka zespołu i miał pudło atrapę, żeby tylko „sztukował”. Przynajmniej było śmiesznie, bo muzycznie nie było. Znużeni muzyką postanowiliśmy uwalić się na kocu pod chlewem i poleniuchować.

Wygiezłów

A spod chlewa mieliśmy widok na stajnię. Zastanawiałem się jak tam chłop wchodził do bydła, musiał się kłaniać mu w pas, bo futryna była na wysokości najwyżej barków. W planie mamy dalej zajęcia z wypalania dziegciu (a mi bliskie, bo zagłębie dziegciarzy było w Bielance i na łemkowszyźnie, czyli koło mojej wsi rodzinnej), oglądanie filmu „Wino truskawkowe” na podstawie Opowieści galicyjskich Stasiuka i wycieczkę na zamek Lipowiec. O tym w drugiej części wpisu.

 

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
justynides
justynides
14 lat temu

A zapomniałeś napisać o tym, jak to spiker chmury rozganiał ;).