20 maja
Akustyka akustyką, ale gdy rano wychodzimy z naszego apartamentu okazuje się, że fale były jakieś 2m od namiotu. Zachmurzone niebo nie zwiastuje dobrej pogody, zbieramy więc graty i przenosimy się na pobliskie pole namiotowe po brzegi wypełnione camperami (wierzę naiwnie, że kiedyś się takiego dorobię) na niemieckich rejestracjach. Brak dobrych warunków do plażowania sprawia, że wszędzie kręcą się Hanse i Helgi (wszyscy wyglądający tak samo) w wieku emerytalnym lub nieco młodsi, posiadający co najmniej jednego małego Hansa (wyglądającego jak dziecko z reklamy Kinder czekolady) zaprogramowanego na dwie opcje: kierowca tira wydający dźwięki zbliżone do „ynynynynynyny” tudzież bijący/bity przez rodzeństwo i wydający dźwięki zbliżone do „darcie ryja”.
Dźwięki te przeplatają się z dźwiękami niemieckiego języka, który nadaje się jedynie do wydawania wojskowych poleceń („Tam jest wieszak!”). W pobliskim markecie sprzedawczynie również zwracają się do mnie po niemiecku, chociaż usilnie odpowiadam im po angielsku . Korzystając z faktu, że Słońce nie raczy nas swymi promieniami (może i dobrze, zważywszy na zaczynającą złazić skórę) udajemy się na zwiedzanie okolicy. Cel: oddalony o kilka kilometrów cypel.
Spacer asfaltową, krętą drogą jest męczący, przenosimy się więc na plażę by brzegiem morza dotrzeć do naszego cypla. Po drodze ucinamy sobie drzemkę na piasku, która właściwie nie wiadomo ile trwa bo tego dnia gardzimy telefonami. Fale niosą ze sobą ogromne ilości pozostałości po algach (zwanych pieszczotliwie „glutem”), które oblepiają nogi warstwą brązowego czegoś.
W końcu docieramy na miejsce. Zwyczajowa kontemplacja uroków okolicy i rzut oka na odległość, która dzieli nas od pola namiotowego.
Wracamy plażą napotykając takie osobliwości przyrody jak zdechła foka bez głowy, zardzewiała lodówka oraz drzwi od lodówki, leżące w wodzie, które jednak okazały się nie być wielką rybą (a miały kolor taki sam jak foka, serio serio). Teoria, że droga powrotna mija szybciej sprawdza się. Docieramy do namiotowego apartamentu, krótka drzemka i idziemy na kolację. Pizza już mi trochę zbrzydła, biorę spaghetti (mniam. Ach, to ich jedzenie). Hanse, Helgi i Hanse juniory już śpią, zasypiamy więc przy dźwiękach rozbijających się o brzeg fal. Plan na następny dzień: wstajemy z rana i jedziemy do Cala Sinizas.
Budzimy się przy dźwiękach bębniących o tropik kropel deszczu. Szybka decyzja: zostajemy jeszcze jeden dzień. Dopóki nie przestanie padać jesteśmy uziemieni w namiocie, cóż więc robimy? Idziemy dalej spać. Koło południa deszcz powoli ustaje. Aby nie marnować dnia udajemy się na dalsze zwiedzanie okolicy. Tym razem kierunek przeciwny: pobliska górka, która koniec końców okazuje się być o wiele dalej, niż się wydawało. Idziemy brzegiem morza przez gluty i skałki, następnie przedzieramy się przez mokrą trawę i szukamy ścieżki prowadzącej na szczyt.
Tu ni ma, tam ni ma. Obchodzimy górkę trafiając na jej skaliste zbocze, które prowadzi do nikąd.
Wracamy więc, po drodze odnajdując jednak ścieżkę. Stromo i ślisko, ale dajemy radę. Z góry widok na dwie zatoczki. Obowiązkowo sweet focie, podziwianie okolicy i w tył zwrot. Przedzieramy się znowu przez trawę, w butach pełno wody. Zrzucamy je na plaży i udajemy się w drogę powrotną, która znowu mija szybciej.

Po wycieczce odpoczynek i kolacja „na mieście”. Tym razem jednak pizza. Plan na następny dzień: powrót do Cagliari przez Villasimius.
Zapraszam do przeczytania czwartej części wyprawy na Sardynię. Jeśli szukasz informacji na temat Sardynii zapraszam do przeczytania wpisu Informacje praktyczne Sardynia.















