Skip to main content

18 maja

Mieliśmy wstać i nie wstaliśmy. Szybka decyzja – zostajemy jeszcze jeden dzień. Śpimy dalej. Budzimy się przed południem czerwoni jak raki. Zabieramy śniadanie i idziemy na plażę szukać cienia. Na „naszej” plaży go nie ma. Postanawiamy udać się na następną, która jest stosunkowo daleko. Nie docieramy jednak do niej – znajdujemy skały, gdzie wciskamy się w kawałek cienia, który szybko zaczyna znikać. Zjadamy, co mamy do zjedzenia, leżymy chwilę przysypiając (o ile da się przysypiać leżąc na skale). Wieje wiatr. Zimno! Idziemy jednak na następną plażę. Po drodze napotykamy idealne miejsce – bambusowy daszek przy jednym z domków, które z racji braku pełnego sezonu stały puste. A przynajmniej nikt nas stamtąd nie przegonił.

Villasimius nad zatoką

Wśród bzyczenia ogromnych trzmieli leżymy kilka godzin – na piachu udaje się już przysypiać. W końcu robi się nam zimno więc przenosimy się do namiotu i śpimy kolejnych kilka godzin. Budzimy się, gdy jest już ciemno i idziemy do miasta na kolację. Dla odmiany –pizza. Wracamy i, również dla odmiany, idziemy spać.

19 maja

Skoro poprzedni dzień upłynął pod znakiem spania, ten postanawiamy wykorzystać nieco lepiej,mianowicie udając się na przylądek Capo Carbonara, na mapie oznaczony wielką niebieską gwiazdką, mającą sugerować, że „warto zobaczyć”. I rzeczywiście warto.

Capo Carbonara - druga do Nuraga

Droga przez kolorowe krzaczki wiedzie nas na wzgórze, na którym wreszcie spotykamy Nuraga (choć dalej nie jesteśmy pewni, czy to rzeczywiście on). Ze wzgórza rozciąga się piękny widok na całą okolicę, który kontemplujemy przez dłuższą chwilę. Robimy sweet focie, kręcimy sweet filmiki i ze wzgórza schodzimy na plażę, widniejącą na zakupionych przez nas pocztówkach, które napisałem leżąc poprzedniego dnia pod daszkiem.

Capo Carbonara

Capo Carbonara plaża

Zadowoleni z wyprawy wracamy na pole namiotowe, pakujemy nasz dobytek i ruszamy do miasta złapać autobus, który ma nas zawieść na Costa Rei. Przemierzamy całe miasteczko szukając przystanku, który na pewno spotkaliśmy dzień wcześniej, a który, jak się okazało, stał sobie w najlepsze zaraz na początku głównej ulicy. Pprzed nosem zamykająi nam pocztę wskutek czego na horyzoncie pojawia się groźba, że pocztówki będziemy wysyłać z Krakowa (fstyt!). Rozkład jazdy jest dosyć niezrozumiały więc po prostu czekamy aż coś się wydarzy. Nic godnego uwagi, a związanego z pojawianiem się autobusu, się jednak nie wydarzyło. Ponowne zlustrowanie rozkładu przynosi przykrą informację w postaci dostrzeżenia, że autobus kursuje dopiero w sezonie, czyli od (któregoś tam) czerwca. Zmarnowane kilka godzin, ale nic to – idziemy na stopa.

Capo Carbonara - wybrzeże

Czas sjesty, na ulicach pusto. Po chwili jednak udaje się nam złapać Helgę i Hansa (wtedy jeszcze nie spodziewając się ich inwazji). Helga wychynęła z samochodu z uśmiechem pt. „peace&love”. Otwiera bagażnik i zaprasza nas do środka. Gadka-szmatka: „Skąd jesteście?”. „Z Polski, z Krakowa” – odpowiadamy, na co uśmiech Helgi momentalnie opada, jak przyrodzenie 80-latka bez dostępu do Viagry. Z samochodu nas nie wyrzucili,
ale pewnie tylko dlatego, że siedząc w środku nie mieliśmy jak go ukraść, więc nie mieli się czego obawiać. W lusterku jednak cały czas widzę spojrzenia rzucane przez Hansa. Trasa równie widokowa co do Villasimius. Po drodze napotykamy stado kóz, które w najlepsze stoją sobie na środku ulicy, na szczęście nie na naszym pasie. Inni, zmierzający w przeciwnym kierunku tyle szczęścia nie mają. Trzeba wysiąść i przegonić zwierzynę. Hansowie wysadzają nas pod Centrum Informacji na Costa Rei, pewni, że zamierzamy z niego skorzystać. Czekamy, aż znikną za zakrętem i udajemy się prosto na plażę w celu obczajenia, gdzie by tu się rozłożyć z namiotem. Zanim zaczynamy obczajać wyciągamy się na piachu aby chwilę odpocząć i wypić lokalne piwo, Ihnusa, które po całym dniu stało się lekko ciepłe. Przysypiamy.

Costa Rei - plaża

Po przebudzeniu się postanawiamy udać się coś zjeść, a następnie, jak zrobi się trochę ciemniej, rozbić domek. Pierwsza lepsza pizzeria (znowu dla odmiany) – trafiamy na przemiłego gospodarza, który z troską się nami zajmuje a w oczekiwaniu na pizze zapuszcza film dokumentalny o Costa Rei, którego niewątpliwie jest wielkim fanem, bo wręcz rozpływa się za każdym razem przechodząc obok telewizora. Potem przyszła pizza. Najlepsza ze wszystkich, które przyszło mi tam zjeść. Prosta i dobra, a jej smak wrył mi się w mózg na tyle, że nawet teraz pisząc o tym zaczynam się ślinić. Dziękujemy ładnie i idziemy brzegiem morza wypatrując dogodnego legowiska, które znalazło się ostatecznie w małej zatoczce za cyplem. Po skontrolowaniu terenu, który okazał się czysty, rozbijamy nasz apartament z widokiem na morze na lekko opadającym w stronę wody piachu, co w ostateczności okazjuje się nie być dobrym rozwiązaniem, bo przez całą noc zjeżdżamy w dół namiotu – a przynajmniej ja, wskutek czego w ogóle się nie wysypiam.

Costa Rei nocleg w namiocie

Pogoda psuje się sukcesywnie. Nadciągające chmury przynoszą ze sobą pierwsze krople deszczu, a fale biją o brzeg coraz mocniej. Budzimy się w nocy kilka razy zastanawiając, czemu tak niebezpiecznie blisko chlupoczą, ale po chwili kładziemy się spać dalej zwalając winę na akustykę terenu.

Zapraszam do przeczytania trzeciej części wyprawy na Sardynię. Jeśli szukasz informacji na temat Sardynii zapraszam do przeczytania wpisu Informacje praktyczne Sardynia.

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments