Codzienna rutyna codziennością wkrada się w moje życie. Nadszedł weekend, jest już trochę jesiennie, słońce przyjemnie grzeje. Skończył się szalony tydzień, pogoń za celami, które są na wyciągnięcie dłoni, a których mam wrażenie, że nigdy nie osiągnę. Weekend, odpoczynek dla ciała i duszy, czas na wytchnienie i złapanie nowej świeżości. Tak to idealny czas na nadrobienie zaległości z tygodnia. Sprzątanie, pranie, zakupy, zaległa książka na przedmiot z uczelni, który wydawać by się mogło, nie koniecznie przyda mi się życiu naukowym, ale wykładowca ma odmienne zdanie, przecież poświęcił zgłębianiu tematu całe życie. To komputer się zepsuł, trzeba naprawić, to z serwerem coś się dzieje, trzeba sprawdzić, poprawić, to samochód szwankuje trzeba podjechać do mechanika, po drodze zatrzymując się na stacji benzynowej, żeby dać mu „am” bo żyd świeci się już przeszło 70 kilometrów. I tak odpoczywam. Nie, niedziela będzie dla mnie! Niechby 10 kilometrów za „magiczne miasto”, zobaczę te zwykłe drzewa majaczące nad pożółkłym horyzontem, a napawające mnie szczęściem tak prostym, że aż niepojętym.
Niedziela, słońce jest już wysoko nad horyzontem. Biorę mapę w dłoń, szybki rekonesans, ma być blisko. Cel – Nielepice. Na miejscu jestem po 45 minutach. Szukam parkingu na pojazd. Pomaga mi w tym uroczy pan z ochotniczej straży pożarnej. Przedstawił się przez szybę mojemu zmysłowi powonienia mieszaniną wina jabłkowego, nie droższego niż 4 zł zaprawionego niedojrzałym bimbrem. W drugiej nucie dało się wyczuć zagrychę starannie przygotowaną do szlachetnych trunków. Pewnie było wesele wczoraj, a brama musiała udać się wybornie. Z gestów, bardziej niż słów, wywnioskowałem, że miejsce parkingowe znajduje się za jakieś 400 metrów. Jestem, plecak na plecy i już maszeruję. Po chwili postanowiłem usiąść na ławce i po prostu posiedzieć.
Kieruje się dalej czarnym szlakiem. Wybrałem drogę przez pola, dziś ma być jak najwięcej przestrzeni. Z każdym krokiem widzę, że lato biegnie ku końcowi ustępując coraz więcej miejsca jesieni. Drzewa witają piękną paletą barw.
Maszeruję nieśpiesznie chłonąc całe piękno natury.
Postanawiam się w końcu zatrzymać na łące. Kanapki, herbata z cytryną i sokiem malinowym z termosu. To jest to, totalny odpoczynek. Nie wiem ile tak przesiedziałem, chyba długo. W końcu muszę ruszyć dalej, trasa jest bardzo krótka, ale i dzień jest już o wiele krótszy, a nie chce wracać jak już będzie ciemno. Ścinam na czerwony szlak rowerowy, który doprowadzi mnie do miejscowości o wdzięcznej nazwie Brzoskwinia.
W Brzoskwini obok kościoła wracam na czarny szlak. Lekko pod górę i jestem z powrotem na kolorowych łąkach po czym… gubię się. Oznaczeń szlaku nie ma. Cóż, chcę dotrzeć na koniec wycieczki do małego pagórka na którym zorganizowany jest punkt widokowy. Prawdopodobnie widzę go, więc postanawiam iść dalej na azymut. Mijam małe stado koni. Kiedyś będę miał takiego jak już kupię dom w górach.
Po 30 minutach dalszego spaceru jestem u celu. Punkt obserwacyjny wznoszący się nad Nielepicami. Tu postanawiam spędzić resztę krótkiego dnia.
I to już niestety koniec, powrót do samochodu i do realizowania celów 🙂














