Nasz pobyt w Malmo dobiegł końca. Zauroczeni miastem, jego czystością, architekturą, mnogością ścieżek rowerowych, głodni nowych wrażeń (tych pozytywnych), podążamy dalej w stronę Kopenhagi. Cieśninę Sund przekroczymy pociegiem.
Koszt biletu to około 60zł w jedną stronę. Pociąg jedzie mostem na piętrze poniżej poziomu przeznaczonego na ruch samochodowy, Przed wejściem do pociągu zakupiliśmy taki oto trunek.
Najmocniejszy winiacz jaki udało mi się znaleźć w sklepie. 3%, jest moc! Spożyjemy go jak przystało w miejskim parku.
Z mostu wjeżdzamy w tunel, by po około 15 minutach dalszej jazdy dotrzeć na przedmieścia Kopenhagi. Cel? Bez celu, bez mapy :). Szybki rzut oka na dość stary, ale bardzo ładnie odrestaurowany dworzec i ruszamy w miasto.
Ledwo przeszliśmy kilkaset metrów i spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Otóż spotkałem moją miłość z czasów dzieciństwa, mianowicie Pannę Migotkę.
Odnowiłem swoją obietnicę codziennego całowania muszelki Panny Migotki.
O odwiedzinach Doliny Muminków i spotkaniu z Mamusią, Tatusiem, Muminkiem i mieszkańcami doliny można przeczytać tutaj :).
Pożegnawszy się z Panną Migotką ruszyliśmy dalej. Aha, pogoda. Muszę o niej wspomnieć, bo pewna dama, skąd inąd znana krakowska blogerka, przypominała nam skutecznie o stanie warunków atmosferycznych z mistrzowską precyzją co 2 minuty. Fakt piździło niemiłosiernie ale od czego jest czapa na głowie. Piotrek nie mial 😀 i dał radę, chociaż na tle siwej ściany wyglądał jak jeździec bez głowy.
No tak jesteśmy przecież w ojczyźnie klockow lego! Jakby ktoś chciał się wybrać do Billund – miasta ojczyzny klocków, tutaj może przeczytać jak to zrobić w miarę tanio :).
Ludziki na zdjęciach są wielkości człowieka, wykonane z malutkich klocków 🙂
Szwędamy się dalej. Jest ładnie, czuć klimat północy, jest porządek, schludnie, no i piździ.
Gdzieś dalej trafiamy na takie sprytne monitory, które poprzez interakcję z widzem opowiadały trochę o histroii miasta, trochę przedstawiały zabytki, trcohę można było się pobawić, a nawet wysłać maila z takiego oto ekranu. Bajer, wysłaliśmy do pracy, niech wiedzą, że my mamy fajnie a oni muszą zap.. pracować.
Stopień marudzenia moich towarzyszy podróży sięgał zenitu, postanowiliśmy iść się gdzieś ogrzać. Oczywiście najlepiej w jakimś fast foodzie. I tak siedzimy, godzinę, dwie i kwitniemy. W końcu pada komenda, na pociąg! Plecaki zarzuciliśmy i pomaszerowaliśmy na dworzec, na którym nie wiem, ile czasu spędziliśmy, ale chyba dużo :).
Pociągiem dostaliśmy się na dworzec w Malmo, skąd zabrał nas autobus bezposrednio na lotnisku, a to najlepsze miejsce na błogi sen.
Dobranoc 🙂


















[…] dniem zwiedzania. Co chwilę coś mnie budziło: a to chichot Damiana, który postanowił napisać drugą część wpisu o podróży do Kopenhagi i właśnie był przy nabijaniu się z mojego marudzenia, a to szum […]
Jakie były całkowite koszty wyjazdu? Tylko samolot + pociągi, czy jeszcze jakieś dodatkowe koszty was złapały? Nie mówię o jedzeniu czy napitkach, ale o kosztach stricte związanych z wyprawą.
Trzeba doliczyć jeszcze koszt dojazdu z i na lotnisko z Malmo. Koszt niemały. Autobus to wydatek rzędu 100sek w jedną stronę. Można taksówką, którą prowadzącą Panowie z Bliskiego Wschodu – trzeba się dostosować – można być przez nich oszukanym jak nam się przytrafiło, oczywiście targowanie i najlepiej mieć przygotowaną odliczoną sumę, bo z wydaniem będzie problem. Koszt taxi to 350-400sek, przy 4 osobach się opłaca. Jest jeszcze jedna możliwość – bus prywatny, biznesem zajmuje się Polak w charakterystycznej marynarskiej czapeczce 🙂 – koszt taki sam jak autobusu.
Kopenhaga to piekne miasto!