2008 rok. W tym właśnie roku każdy weekend zagospodarowany był na wycieczkę w ukochany Beskid Niski, a zdarzało się, że w tygodniu dało znaleźć się czas na krótki wypad. Tak częste wizyty w Beskidzie umożliwił mi powrót do Gorlic. Do Krakowa pojechałem dopiero za rok.
Była prawdziwa wiosna, a w tym roku przyszła bardzo wcześnie, już początkiem kwietnia temperatura sięgała 20 stopni. Dla kolegi fotografa pisałem stronę www, spotykaliśmy się prawie co 2 dzień, aby omówić projekt, dopracować szczegóły. Bartek jest podróżnikiem, podróżnikiem przed duże P, który mnie zainspirował i jest moim guru wyprawowym. To on zaraził mnie podróżami tymi bliskimi i tymi dalekimi. Wytłumaczył, że tak na prawdę żeby podróżować nie liczą się pieniądze, bo przecież te najfajniejsze wyprawy robi się za półdarmo, ale liczy się decyzja i dążenie do celu. Chcesz gdzieś pojechać? Zrób to. Po prostu.
Siedzieliśmy na werandzie przy kawie, projekt został omówiony, było jeszcze przed południem. Postanowiliśmy przejechać się na rowerach. Cel – w stronę Dominikowic. Tam, zaledwie 3km od Gorlic trafić bez trudu można na tereny, gdzie okiem sięgnąć, bezludne, bez zabudowań. Pola, rzeki, las 🙂
Wspięliśmy się rowerami na górujące wzniesienie nad Dominikowicami – Łysulę. Stąd rozprzestrzenia się piękny widok na dolinę, a w niej Gorlice.
Teraz wystarczyło przejechać niewielki lasek, aby wkroczyć na morze traw.
To dlatego uwielbiam tu być. Beskid Niski, dalej dziki, nieskażony, tu czas się zatrzymuje, a turystów dalej jest niewielu. zatrzymujemy się na chwile, aby chłonąć ten widok.
Z Łysuli kierujemy się dalej łąkami w stronę Wapiennego. Przecinamy las, przecinamy z prędkością 30-40km/h. Jeden błąd i kości połamane, ale o to tu chodzi, o adrenalinę 🙂 W Wapiennem skręcamy w stronę Męciny Wielkiej, aby przez jej siostrę Męcinę Małą dotrzeć do Ropicy Górnej. Ponownie wjeżdżamy na łąki.
W Ropicy Górnej obieramy kurs powrotny do Gorlic. Jest cały czas z górki, nie jedziemy główną drogą, zbaczamy, aby wąską ścieżką tuż nad skarpą, jechać wzdłuż Sękówki. To już koniec, po 30 minutach jesteśmy z powrotem w mieście. Kolejne chwile wyrwane pędowi życia. Chwile spędzone wspaniale, bo w moim Beskidzie.











